sobota, 12 listopada 2016

SIĘ POROBIŁO...

Prawie rok przerwy w blogowaniu. Niestety. Zaszłam w ciążę, trudną ciążę. Właściwie przeleżaną plackiem. Teraz nadrabiam zaległości w tym, co sprawia mi ogromną przyjemność - w pisaniu. Jeśli chcecie razem ze mną odbyć podróż w kierunku niezależności finansowej, to Was serdecznie zapraszam. 
Równocześnie, prowadzę jeszcze dwa inne blogi

Pierwszy poświęcony życiu, rodzinie i życiu w rodzinie.
Drugi, kosmetyczny. To od niego rozpoczęła się moja przygoda z blogowaniem.
Zapraszam Was serdecznie!

czwartek, 17 września 2015

5 PROSTYCH SPOSOBÓW BY KUPOWAĆ MNIEJ


Połowa miesiąca minęła, a mi (jak na razie), udało się wytrwać bez żadnego zakupu odzieżowego i kosmetycznego. Niestety, kilkukrotnie dopadła mnie pokusa "kupna czegokolwiek", ale dosyć szybko się z nią uporałam. Pierwszy kryzys nastąpił w tesco w F&F. Moją uwagę przykuły dwa dłuższe kardigany - jeden za 79 zł, drugi za 99 zł. Z pierwszym poszło dosyć łatwo - nie mój rozmiar. Drugi naprawdę mi się spodobał. Nie mam czegoś takiego w szafie. Sprawdziłam jednak skład - 92% akryl, 8% wełna. Obejrzałam go dokładnie - wyglądał na taki, co to się łatwo "zaciąga". Przymierzyłam. Nie było wow. Wyglądał ok, ale nie jakoś nadzwyczajnie. Odwiesiłam go więc na wieszak. Kilka dni później, w jednym ze sklepów wyprzedażowych, znalazłam dżinsy diesel'a i skórzane buty sportowe pumy. Te pierwsze za 169 zł, te drugie za 99 zł. Spodnie ładne, ale w kolorze szarym (a ja szarych dżinsów mam cztery pary). Odwiesiłam. Buty - na szczęście trochę za duże. Zostawiłam więc je bez żalu i poszłam dalej. Ktoś się pewnie zapyta - po co chodzisz po sklepach jeśli nic nie chcesz kupić? Trochę w ramach ćwiczenia charakteru. Trochę z ciekawości, co się teraz nosi. Poza tym po sklepach "chadzam", bo szukam prawdziwych "perełek". Rzeczy dobrej jakości i w przyzwoitej cenie.

Poniżej prezentuję moje, sprawdzone sposoby na to, by kupować mniej.
  1. Znajdź czas na zakupy (przecież idziesz wydać swoje ciężko zarobione pieniądze). Zarezerwuj więc sobie godzinę lub dwie (w zależności od tego, co chcesz kupić i ile czasu potrzebujesz) i spokojnie odwiedź swoje ulubione sklepy. Dzięki temu, kiedy już "coś znajdziesz" nie będziesz odczuwać presji czasu i będziesz mieć chwilę, żeby się dobrze zastanowić nad tym, czy na pewno chcesz daną rzecz kupić, czy też jest ci ona zbędna. 
  2. Jeśli coś ci się spodoba, weź wdech i dokładnie obejrzyj swoją "zdobycz". Sprawdź skład surowcowy, sposób konserwacji itp. (po co ci np. spodnie, które można czyścić tylko chemicznie? są one po prostu niepraktyczne). Przymierz (jeśli to odzież lub obuwie). Zadaj sobie pytanie czy masz już coś podobnego? Czy masz coś, do czego to będzie pasować? Czy jest Ci to potrzebne? Jednym słowem - pobaw się trochę w wybrednego klienta i wybrzydzaj.
  3. Jeśli w dalszym ciągu, masz ogromną chęć dokonania zakupu, to zanim podejdziesz do kasy, chwilę "pochodź" jeszcze z wybranym przez siebie produktem po sklepie. Przestań o nim myśleć i skup się na innych rzeczach.
  4. Dopiero, kiedy mimo wszystkich wyżej wymienionych kroków, zdecydujesz się na zakup, idź i zapłać.
  5. Pamiętaj jednak, by wybierać sklepy, w których akceptowane są zwroty.

wtorek, 8 września 2015

JAK OSZCZĘDZAĆ NA KOSMETYKACH - CZĘŚĆ 2

Czasami odnoszę wrażenie, że kosmetyki w naszym pięknym kraju (chociaż czasy PRL mamy za sobą) to wciąż dobro luksusowe. No bo jak nazwać coś, na co przeciętny obywatel musi pracować np. tydzień? Moim zdaniem, tak właśnie wygląda luksus.
Umówmy się – nie ma nic złego w kupowaniu drogich kosmetyków, jeśli nas na to stać. Co innego, kiedy kupno jednego kosmetyku, zaczyna kosztować nas wiele wyrzeczeń. Wychodzę z założenia, że należy unikać „życia ponad stan” w każdej dziedzinie życia (również tej związanej z kosmetykami). Nie widzę więc sensu kupna podkładu za 300 zł, jeśli wydatek ten znacznie przerasta nasze możliwości finansowe.
Oczywiście, Drogi Czytelniku, jeśli Cię stać na kosmetyki droższe i nie zamierzasz z nich rezygnować, to jest to Twoja sprawa. Oszczędź więc sobie dalszego czytania. Jeśli jednak zaś, z jakichś powodów, musisz (lub chcesz) się liczyć, z wydawanymi na kosmetyki pieniędzmi, to zapraszam do lektury.

Jak ja oszczędzam na kosmetykach?

Przez kilka ostatnich lat, kupowałam znacznie więcej kosmetyków niż byłam w stanie ich zużyć (tutaj możecie o tym poczytać). Chociaż na odwyku kosmetycznym jestem już rok, to w dalszym ciągu nie mogę uporać się z tym, co już mam. No bo jak w ciągu 12 miesięcy zużyć np. piętnaście błyszczyków? Tak właśnie wygląda marnotrawstwo. Jak więc nie dopuścić do powstania takiej kolekcji? Kilka, sprawdzonych rad prezentuję wam poniżej.


Rada nr 1
Nie ulegaj złudzeniom. Nie uzyskasz "efektu photoshop'a bez photoshop'a. Żaden podkład nie sprawi, że Twoje mocno rozszerzone pory staną się nagle (jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki) zupełnie niewidoczne, a cienie pod oczami znikną. I to bez względu na jego cenę. Decydując się na dany produkt, zawsze kupujemy pewne złudzenie. Gdzieś w podświadomości, zapisuje nam się obraz pięknej dziewczyny z reklamy. Gdy zaczniemy się zastanawiać nad tym, "jakby tu poprawić swój wygląd?", to nasz leniwy mózg, który lubi chodzić na łatwiznę i zawsze  szuka najprostszych rozwiązań (to jest udowodnione i biorąc pod uwagę oszczędność energetyczną - zupełnie uzasadnione), bardzo szybko nam podpowie - kup ten produkt z reklamy, będziesz wyglądać jak ta piękna, reklamująca go dziewczyna. Nie będziesz. Dalej pozostaniesz sobą, uboższą o cenę produktu.

Rada nr 2. 
Testuj kosmetyki przed ich zakupem (jeśli to możliwe). 
Nie wstydź się prosić w drogeriach o próbki, bo kosmetyki (np. podkłady) w świetle dziennym wyglądają zupełnie inaczej, niż w tym drogeryjnym. Poza tym, dzięki próbce możemy się przekonać, czy kosmetyk spełnia nasze oczekiwania – podkład kryje, matuje, wyrównuje koloryt a krem  nawilża, nie zapycha itp. Jeśli Pani w drogerii nie chce Ci zrobić próbki – zmień drogerię. 

Rada nr 3. 
Zasięgnij języka. Pamiętacie czasy przed dinozaurami i internetem? Ja pamiętam. Było ciężko;). Internet to kopalnia informacji. Można tutaj znaleźć naprawdę wszystko i to bez wychodzenia z domu. Chcesz sobie kupić jakiś kosmetyk? Wpisz jego nazwę w wyszukiwarkę i poczytaj, co sądzą o nim inni. Jeśli jesteś, tak jak ja, z pokolenia dorastającego na podwórku, a nie przed ekranem kompa - popytaj znajomych, koleżanek itp.

Rada nr 4. 
Bądź asertywna. Znam kilka drogerii, w których panie "konsultantki" nie wypuszczą cię, dopóki czegoś nie sprzedadzą. Nie przesadzam. Jeśli czujesz, że słabniesz i być może zaraz kupisz "ten cudowny produkt i to jeszcze w okazyjnej cenie", weź głęboki wdech, podziękuj i wyjdź. Bez pani trajkoczącej nad uchem, zastanów się, czy naprawdę go potrzebujesz? Jeśli tak, to przecież zawsze możesz po niego wrócić.

Rada nr 5. 
Jeśli jest taka możliwość, to kupuj na promocjach. Nie trzeba tylko przesadzać i kupować od razu 10 szt. Koniecznie należy natomiast sprawdzić termin ważności danej rzeczy, bo może się okazać, że towar został objęty promocją dlatego, że został mu już np. tylko miesiąc ważności. Poza tym pamiętaj, że jeśli wybierasz produkty, które nie są zafoliowane lub w jakiś inny sposób zabezpieczone przed otwarciem, to możesz kupić kosmetyk, który już jakaś Pani „wąchała” i otwierała, a tym samym jego data ważności wyrażona jako np. „6-mcy od otwarcia” już biegnie albo co gorsza – dobiegła końca.

Rada nr 6.
Kupuj w sklepach internetowych. Opłaca się to w szczególności, jeśli możesz swoje zamówienie odebrać gdzieś stacjonarnie. Sklepy internetowe dbają o swoich stałych klientów i oferują nam programy lojalnościowe (zbieranie punktów), a do zamówienia nierzadko dodają gratisy.

Rada nr 7.
Kupuj tylko to, co jest Ci potrzebne. Idziesz kupić podkład - nie rozglądaj się po półce z błyszczykami. Weź podkład i gnaj do kasy!


Jeśli macie jakieś inne, sprawdzone sposoby to chętnie o nich poczytam:)

sobota, 5 września 2015

JAK OSZCZĘDZAĆ NA KOSMETYKACH - CZĘŚĆ 1 - MOJA HISTORIA

Czy jesteś w stanie policzyć wszystkie swoje kosmetyki, czy sama myśl o tym przyprawia cię o zawrót głowy? Czy przechadzając się między półkami w drogerii czujesz nieodpartą chęć kupienia czegokolwiek? Ile jest warta Twoja domowa kolekcja kosmetyczna?

Lubię kosmetyki. Lubię się "maziać", "ciapać", "paciać" i "smarować". Oj tak. W sumie nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że stale powiększająca się sterta kosmetyków, zaczęła dezorganizować moje życie. Pod wieloma względami. Po pierwsze kradła moją przestrzeń. Szampony, odżywki, kremy, balsamy, olejki i wszystkie inne mazidła zajmowały każdy wolny kąt mojej łazienki. Jeszcze chwila a wylądowałaby na parapecie. Po drugie - zabierała mój cenny czas. Proste czynności typu - kąpiel czy prysznic, zaczynały się wydłużać o czas rozmyślania nad tym, którego żelu pod prysznic użyć i często jeszcze o czas przeszukania wszystkich półeczek i szafeczek w celu odnalezienia tegoż żelu. Po trzecie gołociła mój portfel! Niżej podliczę ile mniej więcej jest warta moja  (tylko!) makijażowa kolekcja kosmetyczna (pozostałość po rozrzutnym trybie życia). Nie wspomnę już, że stale rosnąca ilość kosmetyków wymagała dokupowania ciągle różnego rodzaju koszyków, kosmetyczek czy szafek, półek celem uniknięcia bałaganu.


Ile mam ja? I ile to wszystko jest warte?





Cztery tysiące złotych to średnio 333 złotych wydawanych miesięcznie, przez cały rok. Za połowę mniej, z całą pewnością mogłabym skompletować sobie zestaw kosmetyków (podkład, bronzer, róż, tusz do rzęs, kredka do oczu plus zestaw cieni) firm zwanych luksusowymi. Za jedną czwartą - tych nazywanych - wysokopółkowymi. Za jedną ósmą - z powodzeniem kosmetyczkę wypełniłabym kosmetykami średniopółkowymi. 
"Ta" kolekcja, to pozostałość po moim rozrzutnym stylu życia. Obecnie nie dokupuję żadnych kosmetyków. Używam tego, co już mam. Drogerie omijam szerokim łukiem. Wykorzystuję zapasy (mam jeszcze sporo kosmetyków makijażowych, które nie zostały nawet rozpakowane). Nie wspomnę już o perfumach, lakierach do paznokci i kosmetykach pielęgnacyjnych. Masakra. Oszczędny styl, prowadzę już ponad rok a moje zapasy są w dalszym ciągu imponujące. Boję się myśleć, ile miałam tego wcześniej, bo prezentowana wyżej "kolekcja" już i tak została uszczuplona podczas porządków jakiś tydzień temu.
Cztery tysiące złotych... wystarczyłoby na telefon, tablet czy komputer a może na fajną wycieczkę zagraniczną? Nie oszukujmy się - wiele można kupić za 4000 zł. W moim mieście, tyle średnio kosztuje metr kwadratowy mieszkania. Tymczasem ja bezmyślnie wydałam te pieniądze na kilogramy chemii, którą prędzej wyrzucę (ze starości) niż zużyję. Niestety.

Jeśli  nie chcecie popełniać takich błędów, jeśli chcecie poznać moje sposoby na ograniczenie ilości kupowanych kosmetyków  i uporanie się z nałogiem "chęci posiadania i dokupowania" to zapraszam do części 2, która pojawi się już wkrótce na moim blogu.

sobota, 29 sierpnia 2015

JAK 14,99 ZMIENIŁO MOJE ŻYCIE





Czym dla Ciebie jest bogactwo? Co jest jego miarą, wyznacznikiem? Ilość markowych gadżetów? Dolary na koncie? Uroda? Zdrowie? Odpowiedz sobie szczerze na powyższe pytanie.
Dla mnie bogactwem jest wiedza, informacja. Niestety nie zawsze tak było. Ale po kolei.

Od czego zaczynasz swój dzień? Ja po przebudzeniu biorę prysznic, ubieram się, maluję, czeszę, jem śniadanie, myję zęby. Właśnie w takiej kolejności. Jeśli nie mam czasu, pomijam śniadanie. Następnie wsiadam do samochodu i jadę do pracy. Tam, spędzam osiem godzin. Po pracy, wracam do domu. Czasami muszę jeszcze wstąpić do sklepu i zrobić zakupy. Po powrocie do domu przebieram się w „coś luźniejszego”, przygotowuję obiad i sprzątam. Nie mam dzieci.
Dom opuszczam ok. 6.50. Wracam ok. 17. Kiedy „uporam” się z tymi wszystkimi, codziennymi obowiązkami typu gotowanie, sprzątanie, pranie, prasowanie itp., zegar wskazuje 19. Spać idę koło godziny 22.
Mam więc do dyspozycji 3 godziny dziennie tzw. „wolnego czasu”. Co robię ze swoim „wolnym czasem”? Zabijam go. Facebookiem. Blogami modowymi i urodowymi. Kolorowymi czasopismami. Telefonem. Filmami. Czasem jakąś mało ambitną książką. Rozpamiętywaniem sytuacji minionego dnia. Gdybaniem nad tym „co teściowa/koleżanka/mama/siostra (…) miała na myśli, mówiąc to czy tamto”. Myśleniem o jedzeniu (tym niezdrowym). Marzeniem o pieniądzach. Stresowaniem się. Obawą o przyszłość. Bezmyślnym powtarzaniem pewnych, wyuczonych czynności. „Kręceniem się” po mieszkaniu.
Trzy godziny dziennie (średnio)! Jeśli to przemnożyć przez dni tygodnia (pracujące) – uzbiera się ich już 15. Po miesiącu – 60. Po roku – 720! Siedemset dwadzieścia godzin daje 30 dni. Trzydzieści dni mego, cennego życia, zmarnotrawionego na „bzdety”. I to tylko w ciągu jednego roku.
Nie muszę Wam chyba opowiadać, jak bardzo znudzoną wszystkim, osobą się stałam. Natrętna myśl, jaka kłębiła się w mojej głowie to „nie chce mi się” lub „to nie ma sensu”. No bo co może się chcieć człowiekowi, który w pracy bombardowany jest plotkami, intrygami i fałszywą życzliwością? Co może się chcieć człowiekowi, który przeglądając te wszystkie kolorowe czasopisma, blogi modowe czy urodowe, odczuwa stale rosnącą chęć posiadania, wszystkiego co jest tam prezentowane? Moje życie zaczęło się sprowadzać do dwóch podstawowych wartości – mieć i wyglądać. A gdzie się podziało moje być? Gdzie ta uśmiechnięta, ciekawa świata dziewczyna, którą przecież kiedyś byłam?
Zblazowana, znudzona wszystkim i wszystkimi udałam się do, znajdującego się na moim osiedlu sklepu sieci Carefour. Szukałam kartki na urodziny koleżanki. Znalazłam dużo więcej. W koszu z książkami na wyprzedaży. Za jedyne 14,99 rozpoczęłam swoją przygodę z … fizyką.
Książka „Kosmos” Tomasza Rożka, w bardzo przystępny sposób przedstawia zagadnienia związane z powstaniem i funkcjonowaniem Wszechświata. Wiedza jest uporządkowana i zaserwowana z niezwykłą dbałością o detale. Czyta się ją szybko i właściwie bez większego wysiłku, a co najważniejsze – otwiera umysł na „nowe”. No bo jak tu się nie „otworzyć”, jeśli autor mówi nam, że tak właściwie to wszyscy jesteśmy „dziećmi gwiazd”? Najmniejszym, znanym nam budulcem wszystkiego, co na świecie znamy są odkryte niedawno kwarki. Kwarki budują protony i neutrony, które jak wiemy tworzą jądro atomowe. Atomy budują wszystkie, znane nam na świecie pierwiastki. Pierwiastki tworzą wszelkiego rodzaju związki i substancje chemiczne (również białka). W tym miejscu, już chyba każdy wie, dokąd zmierzam. Do nas – ludzi. Jesteśmy zbudowani dokładnie z tego samego, co wszystkie zwierzęta i rośliny na świecie. Mało tego – jesteśmy tym samym, co świat przyrody nieożywionej ze wszystkimi znanymi nam elementami. I wreszcie jesteśmy „ulepieni” z tego samego, co Wszechświat. Kiedy raz, uświadomisz sobie powyższe – nabierzesz zupełnie innego spojrzenia na otaczającą rzeczywistość. Poczujesz większą przynależność do tego całego układu. Zrozumiesz tez, że tak jak nie jesteś niczym nadzwyczajnym, tak równie mocno jesteś wyjątkowy. Dziwne? Prawdziwe.

Dzięki tej książce, która przecież nie jest żadnym poradnikiem(!), zyskałam ogromny dystans do świata. Czymże jest designerska torebka, warta 50 tyś złotych? Jest tylko torebką. Ok. Jeśli masz dużo pieniędzy, których nie potrafisz spożytkować w sensowny sposób i czujesz „zachciankę” i ją kupujesz, to jeśli taka jest Twoja wola – bardzo proszę. Zastanów się jednak, czy Twoje życie to tylko wartościowe przedmioty, czy może coś więcej? W ostatnią drogę, w którą wyruszamy, nie zabierzemy ze sobą ani drogiej torebki, ani samochodu czy też wilii z basenem. Jedyne bogactwo, jakie „weźmiemy” ze sobą to nasza wiedza, bogactwo duchowe, wspomnienia i doświadczenia. Nic więcej. Warto więc swój „wolny czas”, chociaż w części, poświęcić na zgłębianie wiedzy i poszerzanie horyzontów, a nie na bezmyślną konsumpcję. Panie Tomaszu, dziękuję. Przypomniałam sobie, co to jest ciekawość świata.

niedziela, 23 sierpnia 2015

SZANUJ, ALE NIE OSZCZĘDZAJ


Dzisiaj trochę przewrotnie – nie namawiam Was do oszczędzania. I już wyjaśniam dlaczego...
Odwiedziłam ostatnio koleżankę, która kupiła sobie fajny, nowy mikser. Taki trochę „designerski” sprzęt, co to ładnie wygląda na kuchennym blacie. No więc podekscytowana pytam się jej, czy jest z niego zadowolona. I co słyszę? Że jeszcze go nie używała. No to pytam dalej – „no ale przecież robiłaś ciasto na imieniny męża?” I tu znowu zdziwienie, bo słyszę – „no tak, ale używałam tego starego bo wiesz… nowego mi szkoda…”
Kiedy kupujemy jakaś wymarzoną rzecz, zazwyczaj unikamy jej zbyt częstego używania (no bo się przecież zniszczy!). Jest to błąd. Po co nabywamy przedmioty? Po to żeby ich używać. Mają nam służyć i ułatwiać wykonywanie codziennych czynności. Nie kupujemy ich tylko po to, by stały i „cieszyły oko”. Szanujmy więc te rzeczy ale ich nie oszczędzajmy.
Kolejny przykład. Jeśli kupisz sobie super modny sweter. Totalny hit sezonu. Wiesz… po prostu taki „must have”… no i go nie nosisz (no bo go przecież oszczędzasz), to proszę Cię – powiedz mi po co go kupiłaś/eś? Jeśli wreszcie zdecydujesz się go po kilku sezonach wyjąć z szafy i założyć, to może się okazać, że jest już dawno niemodny i co gorsze – wcale już Ci się nie podoba. Tak samo rzecz się ma np. z drogim samochodem. Znam takich, co to w garażu mają furę, która przyprawia o zawrót głowy ale na co dzień poruszają się „czymś gorszym”. Pytam więc – po co Ci ten samochód skoro jeździsz starym? I co słyszę – „oj wiesz… będę nim jeździł ale boję się, że ktoś mi go zarysuje na parkingu/ pod pracą /sklepem…” Moja rada brzmi więc – zainwestuj w dobre AC, wsiadaj w samochód i poczuj wiatr we włosach. Nie ma sensu kupować rzeczy, jeśli szkoda nam ich używać. Równie dobrze możemy na nie popatrzeć w sklepie (zawsze możemy sobie zrobić ich zdjęcie i powiesić na ścianie – wyjdzie taniej niż kupno). Wszystkie przedmioty starzeją się podobnie jak my. „Wychodzą z mody”, tracą swoją funkcjonalność i najzwyczajniej w świecie się niszczą. Rzeczy trzeba więc szanować a nie oszczędzać. Dbać o nie po to, by posłużyły nam jak najdłużej. Sposobów na to jest wiele. Na przykład:

-sprzęty kuchenne typu mikser, blender itp. po użyciu niezwłocznie przetrzyjmy wilgotną, miękką ściereczką ("oczywistą oczywistością" jest to, że myjemy wszystkie te elementy, które umyć można)
-dla tabletów, smartfonów itp. kupujmy i używajmy zabezpieczającego etui czy pokrowca (to samo tyczy się okularów korekcyjnych czy tych przeciwsłonecznych)
-pamiętajmy o wymianie wszystkich tych elementów, które zużywają się w czasie eksploatacji urządzenia, a które bez problemu można wymienić jak np. różne filtry, oleje, wypełniacze itp…
-ubrania po wypraniu prasujmy i składajmy lub wieszajmy na wieszakach (nie będą się deformować)
-buty po zakończeniu sezonu wypastujmy, wypchajmy papierem żeby nie traciły kształtu i schowajmy do pudełka
-odzież, pościel, ręczniki itp. pierzmy zgodnie z zaleceniami producenta (tak naprawdę już przy zakupie powinniśmy sprawdzać zalecany sposób konserwacji żeby uniknąć zakupów, które później będą nam sprawiały dużo problemów)
-stosujmy podkładki zabezpieczające pod meblami przesuwnymi typu – stół, krzesła, fotele itp. (dzięki temu nie będziemy niszczyć podłóg)
-łożka, sofy, kanapy czy fotele zabezpieczajmy narzutami, które nie tylko uchronią przed kurzem i zabrudzeniami ale także fajnie zbudują klimat wnętrza

Takich przepisów na szanowanie swoich rzeczy jest naprawdę wiele. Pamiętajmy, że proste nawyki sprawią, że przedmioty będą nam służyć naprawdę długo, zachowując przy tym dobry stan. A oszczędzanie zarezerwujmy dla pieniędzy:)

środa, 19 sierpnia 2015

NIE ULEGAJ PRESJI OTOCZENIA CZYLI ODRÓŻNIAJ POTRZEBY OD ZACHCIANEK

Zacznę może od siebie. Jeżdżę trzynastoletnim samochodem. Często więc słyszę, że:

- jeżdżę gratem,
-że mogłabym sobie zmienić samochód, bo jak człowiek dobrze zarządza swoim budżetem, to go stać na kupno czegoś lepszego,
-że w dzisiejszych czasach samochód można sobie kupić na kredyt
-że to wstyd (!?) ( serio)
-że teraz każdego „dziada” stać na samochód
-że samochód to musi być dobry (czyt. drogi) bo tu przecież chodzi o bezpieczeństwo i niezawodność
-że „może pojedziemy samochodem IKsa czy Igreka bo wiesz – jest trochę większy i wygodniejszy”
(…)

Nikt nie słucha jednak tego, co zazwyczaj odpowiadam i nie może tego pojąc, że to co im mówię ma jakiś sens (przecież każdy „wie lepiej”, prawda?). Jeżdżę trzynastoletnim samochodem z własnego wyboru. Kupiłam go cztery lata temu i już wówczas miał 9 lat. Za swoje własne, ciężko zarobione pieniądze. Zamierzam nim pojeździć jeszcze tyle, ile się da. Nie psuje się (odpukać), jego eksploatacja kosztuje mnie naprawdę niewiele a daje mi taką samą wolność i mobilność, jak każdy inny samochód. Jest to w stu procentach mój wybór. Mogłabym kupić sobie „coś lepszego”, pytanie brzmi „po co”? Żeby się pokazać na parkingu przed pracą? Żeby się dumnie przejeżdżać i lansować po mieście? Dlaczego jazda starym samochodem to wstyd? Nie pojmuję takiego toku myślenia. Samochód spełnia dla mnie jedną podstawową funkcję – ma mi umożliwiać wygodne przemieszczanie się z punktu A do punktu B. Do tego ma jeździć a nie się psuć. No i jeszcze, moim zdaniem ma być tani w eksploatacji, bo dla mnie to nie jest skarbonka czy lokata pieniędzy. Samochody szybko tracę na swojej wartości, o czym wie chyba każdy. Nie mam więc potrzeby zmiany samochodu. Mogłabym mieć zachciankę. No ale jej nie mam, w co niektórym jest ciężko uwierzyć. Wiem, że mój samochód nie jest już młody i być może nie pojeżdżę nim tyle, ile bym chciała. Ale kolejny kupię sobie dopiero wtedy, gdy mój poczciwy „staruszek” przestanie robić to, do czego został stworzony (czyt. przestanie jeździć). Nie ulegam presji otoczenia. 
 
Używam kilkuletniego smartfona. Wersja 3G odkupiona za symboliczną kwotę od siostry. Dzisiaj na rynku dostępnych jest kilka nowszych wersji. Czasem widzę jak posiadacze tych nowszych, zerkają na mnie z lekkim pobłażaniem ... Do czego potrzebny jest mi telefon? Do tego, na co wskazuje jego nazwa – do telefonowania. Mój świetnie, spełnia tą podstawową potrzebę. Nie wiem jak Wy, ale ja wychowywałam się w czasach, kiedy nie było komórek. I od razu dementuję – nie mam stu lat. Lubię swojego smartfona. Jednakże wiem też, że sama jestem wystarczająco „smart” i nie muszę nadrabiać wypasionym telefonem. Bez niego również trafię do domu, zrobię przelew i zabiję wolny czas. Nie mam na tym punkcie kompleksów, chociaż niektórzy chcieliby sobie podkręcić swoje poczucie wartości moim kosztem. Nie mam w planach kupna nowego, dopóki mój będzie świetnie działał (dodam tylko, że koleżance dwie nowsze wersje zdążyły się już popsuć a moja dalej spisuje się świetnie – 4 rok!) Takich przykładów mogłabym podać jeszcze co najmniej kilka. 

Nie wiem więc, skąd w ludziach bierze się przekonanie, że jeśli ktoś posiada coś w starszym modelu, to znaczy, że jest biedny, niewydolny społecznie i zupełnie niezaradny życiowo. Nie rozumiem, dlaczego posiadane przez nas sprzęty, gadżety czy po prostu rzeczy, mają definiować naszą wartość jako człowieka. Nie rozumiem tego pędu do kupowania rzeczy coraz nowszych, jeśli te już przez nas posiadane dobrze spełniają swoje funkcje. 

Jeśli postawiłbyś obok siebie dwie rodziny: X (świeżo wybudowana willa pod miastem, najnowszy mercedes, wszystkie sprzęty z wysokiej półki i niestety wszystko to - własność banku) i Y (małe m-3 w bloku, dziesięcioletni opel i już niemłode sprzęty – wszystko własność rodziny), to która z nich według Ciebie ma więcej? Moim zdaniem ta druga, chociaż na pierwszy rzut oka wygląda słabo. Do czego zmierzam? Żyjmy na miarę swoich możliwości finansowych. Nie trwońmy wszystkiego, co zarobimy. Nie dajmy się wciągnąć w głupi wyścig kupowania coraz nowszych rzeczy tylko po to, by "się dopasować do innych".

Nie ulegajmy presji otoczenia, reklamom i producentom, którzy wpychają nam towary zalegające na półkach. Kupujmy rzeczy potrzebne. Te stare wymieniajmy na nowe dopiero wtedy, gdy przestaną spełniać swoje funkcje.
Przyjrzyjmy się swoim „potrzebom”. Jeśli chcemy żyć oszczędniej, jest to niezwykle ważne. Często swoje pragnienia, zachcianki itp. nazywamy „potrzebą” i wtedy wydając pieniądze czujemy się usprawiedliwieni. Oczywiście nie ma nic złego w spełnianiu swoich „zachcianek”. Bądźmy jednak uczciwi wobec siebie i nie oszukujmy się, że realizujemy swoje "potrzeby".
Miejmy i czujmy więc tą wolność wyboru przy spełnianiu zachcianek. Gwarantuje Wam, że kiedy zaczniecie uczciwie definiować swoje potrzeby, rzadziej będziecie ulegać zachciankom. Dzięki temu w waszych portfelach zostanie więcej pieniędzy, które będziecie mogli spożytkować na coś innego.