środa, 19 sierpnia 2015

NIE ULEGAJ PRESJI OTOCZENIA CZYLI ODRÓŻNIAJ POTRZEBY OD ZACHCIANEK

Zacznę może od siebie. Jeżdżę trzynastoletnim samochodem. Często więc słyszę, że:

- jeżdżę gratem,
-że mogłabym sobie zmienić samochód, bo jak człowiek dobrze zarządza swoim budżetem, to go stać na kupno czegoś lepszego,
-że w dzisiejszych czasach samochód można sobie kupić na kredyt
-że to wstyd (!?) ( serio)
-że teraz każdego „dziada” stać na samochód
-że samochód to musi być dobry (czyt. drogi) bo tu przecież chodzi o bezpieczeństwo i niezawodność
-że „może pojedziemy samochodem IKsa czy Igreka bo wiesz – jest trochę większy i wygodniejszy”
(…)

Nikt nie słucha jednak tego, co zazwyczaj odpowiadam i nie może tego pojąc, że to co im mówię ma jakiś sens (przecież każdy „wie lepiej”, prawda?). Jeżdżę trzynastoletnim samochodem z własnego wyboru. Kupiłam go cztery lata temu i już wówczas miał 9 lat. Za swoje własne, ciężko zarobione pieniądze. Zamierzam nim pojeździć jeszcze tyle, ile się da. Nie psuje się (odpukać), jego eksploatacja kosztuje mnie naprawdę niewiele a daje mi taką samą wolność i mobilność, jak każdy inny samochód. Jest to w stu procentach mój wybór. Mogłabym kupić sobie „coś lepszego”, pytanie brzmi „po co”? Żeby się pokazać na parkingu przed pracą? Żeby się dumnie przejeżdżać i lansować po mieście? Dlaczego jazda starym samochodem to wstyd? Nie pojmuję takiego toku myślenia. Samochód spełnia dla mnie jedną podstawową funkcję – ma mi umożliwiać wygodne przemieszczanie się z punktu A do punktu B. Do tego ma jeździć a nie się psuć. No i jeszcze, moim zdaniem ma być tani w eksploatacji, bo dla mnie to nie jest skarbonka czy lokata pieniędzy. Samochody szybko tracę na swojej wartości, o czym wie chyba każdy. Nie mam więc potrzeby zmiany samochodu. Mogłabym mieć zachciankę. No ale jej nie mam, w co niektórym jest ciężko uwierzyć. Wiem, że mój samochód nie jest już młody i być może nie pojeżdżę nim tyle, ile bym chciała. Ale kolejny kupię sobie dopiero wtedy, gdy mój poczciwy „staruszek” przestanie robić to, do czego został stworzony (czyt. przestanie jeździć). Nie ulegam presji otoczenia. 
 
Używam kilkuletniego smartfona. Wersja 3G odkupiona za symboliczną kwotę od siostry. Dzisiaj na rynku dostępnych jest kilka nowszych wersji. Czasem widzę jak posiadacze tych nowszych, zerkają na mnie z lekkim pobłażaniem ... Do czego potrzebny jest mi telefon? Do tego, na co wskazuje jego nazwa – do telefonowania. Mój świetnie, spełnia tą podstawową potrzebę. Nie wiem jak Wy, ale ja wychowywałam się w czasach, kiedy nie było komórek. I od razu dementuję – nie mam stu lat. Lubię swojego smartfona. Jednakże wiem też, że sama jestem wystarczająco „smart” i nie muszę nadrabiać wypasionym telefonem. Bez niego również trafię do domu, zrobię przelew i zabiję wolny czas. Nie mam na tym punkcie kompleksów, chociaż niektórzy chcieliby sobie podkręcić swoje poczucie wartości moim kosztem. Nie mam w planach kupna nowego, dopóki mój będzie świetnie działał (dodam tylko, że koleżance dwie nowsze wersje zdążyły się już popsuć a moja dalej spisuje się świetnie – 4 rok!) Takich przykładów mogłabym podać jeszcze co najmniej kilka. 

Nie wiem więc, skąd w ludziach bierze się przekonanie, że jeśli ktoś posiada coś w starszym modelu, to znaczy, że jest biedny, niewydolny społecznie i zupełnie niezaradny życiowo. Nie rozumiem, dlaczego posiadane przez nas sprzęty, gadżety czy po prostu rzeczy, mają definiować naszą wartość jako człowieka. Nie rozumiem tego pędu do kupowania rzeczy coraz nowszych, jeśli te już przez nas posiadane dobrze spełniają swoje funkcje. 

Jeśli postawiłbyś obok siebie dwie rodziny: X (świeżo wybudowana willa pod miastem, najnowszy mercedes, wszystkie sprzęty z wysokiej półki i niestety wszystko to - własność banku) i Y (małe m-3 w bloku, dziesięcioletni opel i już niemłode sprzęty – wszystko własność rodziny), to która z nich według Ciebie ma więcej? Moim zdaniem ta druga, chociaż na pierwszy rzut oka wygląda słabo. Do czego zmierzam? Żyjmy na miarę swoich możliwości finansowych. Nie trwońmy wszystkiego, co zarobimy. Nie dajmy się wciągnąć w głupi wyścig kupowania coraz nowszych rzeczy tylko po to, by "się dopasować do innych".

Nie ulegajmy presji otoczenia, reklamom i producentom, którzy wpychają nam towary zalegające na półkach. Kupujmy rzeczy potrzebne. Te stare wymieniajmy na nowe dopiero wtedy, gdy przestaną spełniać swoje funkcje.
Przyjrzyjmy się swoim „potrzebom”. Jeśli chcemy żyć oszczędniej, jest to niezwykle ważne. Często swoje pragnienia, zachcianki itp. nazywamy „potrzebą” i wtedy wydając pieniądze czujemy się usprawiedliwieni. Oczywiście nie ma nic złego w spełnianiu swoich „zachcianek”. Bądźmy jednak uczciwi wobec siebie i nie oszukujmy się, że realizujemy swoje "potrzeby".
Miejmy i czujmy więc tą wolność wyboru przy spełnianiu zachcianek. Gwarantuje Wam, że kiedy zaczniecie uczciwie definiować swoje potrzeby, rzadziej będziecie ulegać zachciankom. Dzięki temu w waszych portfelach zostanie więcej pieniędzy, które będziecie mogli spożytkować na coś innego.

2 komentarze:

  1. Życie to niezwykle trudna "sztuka wyboru"... Każda podejmowana przez nas decyzja (nawet ta najmniejsza) niesie za sobą "jakieś" konsekwencje - dotyczy to również zakupów... "coś" za "coś" jedna osoba woli żyć ponad stan "na kredyt", a inna wybiera strategię mniej i słabiej ale własne... Ludzie dali sobie narzucić i wmówić to czego potrzebują i jak powinni żyć aby (po)zostać szczęśliwymi... lecz tego "prawdziwego" szczęścia kupić nie można - generalnie to co najcenniejsze w naszym życiu nie jest do kupienia... obrastamy w dobra materialne, których tak naprawdę nie potrzebujemy lecz uznajemy, że mieć je powinniśmy... pod wieloma względamy obecne czasy są bardzo "płytkie" i "fastfoodowe" - jak najwięcej i jak najszybciej możliwie jak najmniejszym nakładem pracy i najlepiej za chwilę... takie czasy, taki Świat...

    OdpowiedzUsuń
  2. W zupełności się z Tobą zgadzam. Oceniany ludzi przez pryzmat posiadanych rzeczy. Nie jest ważne co, kto ma w głowie tylko ile ma gotówki w portfelu i jakim samochodem jeździ. Straszne, płytkie czasy .

    OdpowiedzUsuń